Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neofolk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neofolk. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 31 października 2010
Sonne Hagal - [2010] - Laeuthner
Sonne Hagal to dość typowy niemiecki neofolk, więc wiadomo: albo łyka się zasadniczo wszystko, albo ma się mdłości na samą myśl o takiej muzyce. Tutaj są dwa utwory, łącznie niecałe 10 minut: tekst po angielsku (szkoda, niemiecki byłby lepszy, ale to chyba jedyna wada), trochę pretensjonalnych klasycznych motywów, typowe neofolkowe zawodzenie, niby z jakąś historią za tym wszystkim, chwytliwe melodie. To coś z takich rzeczy, o których trudno długo pisać, ale nie ma problemu z włączeniem na repeat, i nagle godzina albo dwie mijają, i może lepiej słuchać dem / EPek niż całych albumów, bo fajne rzeczy w tej muzyce jakoś się wtedy rozmywają / rozkładają na więcej kawałków (w tym względzie to jest dość podobne do The Joy of Nature). IMO bardzo warto.
sobota, 30 października 2010
Sieben - [2010] - Star Wood Brick Firmament
Nowe Sieben jest całkiem fajne. Myślałem przez chwilę że będzie przegadane, bo faktycznie jakaś tam narracja słowna ciągnie się przez cały czas (a różnym ludziom ze sceny neofolkowej zdarzało się w tym przesadzać, myślę np. o "Scorpion Wind" Death in June i Boyde'a Rice'a). Ale tu jest ładnie, mówienie dość płynnie przechodzi do melodeklamacji i z powrotem, muzycznie trochę Darkwood / Sonne Hagal / typowy niemiecki neofolk, trochę nie-rockowe kawałki z ostatniego Woven Hand, jest trochę świetnych, chwytliwych melodii, i wszystko byłoby super, gdyby nie to że w ósmym kawałku pojawiają się motywy elektroniczne i tak już zostaje do końca. Bo potem też jest elektronika (nic specjalnego, ale słucha się miło), ale to już jakoś nie przeszkadza - może to po prostu kwestia przejścia między tymi dwoma stylistykami. Myślę że lepiej byłoby gdyby rozbić ten album na dwie małe EPki, obie części osobno były dobre przez naprawdę niezłe, a tak powstaje głównie wrażenie niespójności.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Rome - [2010] - Nos Chants Perdus
Z serii Wstydliwe Wyznania: lubię płyty Rome. Przemawia do mnie ich pretensjonalny militarny pop, prostota melodii, patetyczne teksty. Nawet więcej, nie mam problemu z jednoczesnym słuchaniem Rome i narzekaniem na to, że Cold Meat Industry wydaje słabe, przystępne dla każdego i w ogóle nie-takie-jak-kiedyś rzeczy. Uprzedzając: tak, Puissance też czasem słucham. "Nos Chants Perdus" jest mniej martialowe a bardziej neofolkowe niż poprzednie albumy, dużo brzdąkania na gitarze i smętnych wokali, mniej skocznych melodii i wesołej atmosfery. Osobiście wolę "Masse Mensch Material" albo "Flowers from Exile", mimo paru fajnych kawałków - 'La Commune', 'Les Isles Noires' czy 'La Rose at la Hache' nie podoba mi się kierunek w jakim idzie Rome z tym albumem. Mam nadzieję że kolejna płyta nie będzie krokiem dalej, bo może jeszcze nie będzie to krok w przepaść ale blisko.
sobota, 3 lipca 2010
Roma Amor - [2009] - Femmina
Roma Amor to kolejny z śródziemnomorskich projektów, stylistycznie, powiedzmy że neofolkowych (tak bardzo chciałbym zobaczyć dobrze zrobiony przegląd geograficzny i stylistyczny neofolku, z różnicami zależnie od ilości słońca i faszystów w historii regionu!). Muzycznie - proste i chwytliwe gitarowe melodie, trochę kastanietów, akordeonu, pianina, etc.. Największą zaletą jest kobiecy wokal, niski i zachrypnięty, brzmiący trochę jak przepita dziwka z kiepskiej knajpy. Jeśli ktoś lubi Spiritual Front czy późne Ain Soph, o, albo Ianva, pewnie mu się spodoba. Można sobie posłuchać czekając na wychodzące we wrześniu "Rotten Roma Casino" (które, przydługa dygresja, jeśli oceniać po trackach na majspejsie, ma szansę być jednym z bardziej awesome albumów tego roku [albo największą porażką, jeśli oceniać po video], pogodne i z nawiązaniami do muzyki z westernów, popu i disco, z mniejszą ilością kabaretu niż na "Armageddon Gigolo", no i naturalnie miśki na lastefem płaczą że Salvatore nasłuchał się Backstreet Boys i Lady Gagi, no ale jeśli dotąd ingorowało się fragment "pop" w określeniu gatunku - zresztą, hej, lastefem, right?). Poza tym Roma Amor ma dobrą nazwę no i oba ich albumy wyszły w Old Europa Cafe, które zasadniczo ścierwa nie wypuszcza (przynajmniej nie często).
sobota, 29 maja 2010
Blood Axis - [2010] - Born Again
Zupełnie przypadkiem dowiedziałem się że wyszedł nowy album: mistrza i klasyka mariażu monumentalnego martial industrialu z poruszającym neofolkiem / pretensjonalnego smęcenia o Europie i uderzania członkiem o parapet, jak kto woli. W każdym razie nowy album Blood Axis. W zasadzie, jeśli odciąć live'y i jakieś CDRy własnym nakładem, to drugi ever. I oczywiście jest TOTALNIE AWESOME. Ma wszystko to za co Blood Axis jest lubiane: bazylion instrumentów, proste melodie, odpowiednio pretensjonalne teksty, świetne aranżacje, odpowiednią ilość patosu. Przypomina momentami Ain Soph, Sol Invictus i całą resztę fajnych nazw. Faworyty: "Madhu", "Churning and Churning", "The Path", "Born Again". Ja jestem na tak.
Subskrybuj:
Posty (Atom)