Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ambient. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ambient. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 lutego 2018

poniedziałek, 9 września 2013

Ambient Festival, 12-13.07.2013, Gorlice

W nawale rozmaitych lipcowych wyjazdów kompletnie zapomniałem napisać coś o tegorocznym Ambiencie (tym gorzej, że chyba o żadnym z trzech poprzednich na których byłem też nic nie pisałem...). Na szczęście znalazłem ostatnio jakieś szczątkowe notatki.

Pierwszego dnia grało najpierw Digitalsimplyworld, które trafiło idealnie w moje gusta, a poza tym miało świetną wizualuzację z mózgiem.

Potem było 1605 Munro, którego początek i końcówka bardzo mi się podobały, ale środek miał trochę za dużo sampli wokalnych i dźwięków pianina. Znowu, niezłe wizualizacje wyrównywały (ten Ambient w ogóle był świetny od tej strony).

I wreszcie Neuronium. Od strony wizualnej, było dość... oldskulowe, w sensie: bąbelki, sefiroty, fotki artysty, skrzydlate jednorożce, i tak dalej. A od strony muzycznej było dobrze, jedyne co mi momentami przeszkadzało to za dużo kobiecych wokali (nie lubię kobiecych wokali w mojej muzyce elektronicznej).

Drugiego dnia grali Aquavoice, jak zawsze fajne, oraz Rapoon, który wreszcie miałem okazję zobaczyć (zawsze do tej pory miałem pecha), który zagrał fantastycznie, bardzo "płynąco".

Na koniec, gwiazda, czyli Manuel Göttsching: były nowe, stare i średnie kompozycje, Sunrain na sprzęcie z epoki (Osoba Towarzysząca grała w szachy na smartfonie i uważa że nie czyni jej to troglodytą), 30 minut bisu, w ramach którego była nienazwana kompozycja z 2012 oraz Midnight on Mars... Niezapomniana rzecz.

All in all, każdy kolejny ambient jest lepszy niż poprzedni - tym razem nie wyrzuciłbym z programu nikogo, i wszystkie koncerty mi się podobały. Krążyły jakieś plotki o tym że to ostatni Ambient; mam nadzieję że nie - to byłaby niepowetowana strata na mojej mapie koncertowej.

niedziela, 31 marca 2013

V CoCArt festival: wrażenia

Niestety przegapiłem czwartą edycję CoCArtu, na szczęście nie przegapiłem piątej.

Nowa lokacja (druga i trzecia edycja były na podziemnym parkingu Centrum Sztuki Współczesnej) na pierwszym piętrze okazała się dość dobra: na minus duża słyszalność rozmów z zewnętrz, na plus materace na których można się było położyć - dawno nie pamiętam koncertu w równie komfortowych warunkach. Fajnie byłoby zachować to na przyszłość!

Muzycznie było, jak zawsze, dobrze: szczególnie spodobały mi się:
- litewskie Arma (no, do momentu w którym wizualizacja przeszła na błyskotki i biżuterię; pierwsze 2/3 występu, ze świetnymi wizualizacjami kojarzącymi się z zapomnianą dziwaczną przeszłością, badaniem przyrody i setką innych drobnych rzeczy, były wśród bardziej poruszających ostatnio usłyszanych)
- Z'EV (szkoda że wykorzystywany system wizualizacji - tj., ustawienie słoika z wodą na wzmacniaczu, podświetlenie go różnokolorowym światłem i przekazywanie sygnału na rzutnik w trakcie grania - nie zadziałał na koncercie w Krakowie)
- Jean Herve Peron & friends, powiedzmy (występ który zaczyna się od usadzenia dwóch pań z szydełkami pod sceną i rozdania publiczności wędzonych rybek jest super jeszcze zanim zaczniemy mówić o różnorodnej muzyce, performensowych trickom Jeana, mówieniu brzydkich rzeczy o sztuce, świetnie zrobionej perkusji przez (nie-pamiętam-którego) Chołoniewskiego, angażowaniu publiczności do mikrofonu... cudo)
- Sudden Infant (dobrze wykonana od strony hałasu smutna historia; pod koniec nieco przewidywalna, ale może to świadczy o kunszcie wykonawcy?, kolejny ładny performensowy kawałek)
- Pierre Bastien (który grał na małych wiatraczkach i silniczkach i starych samplach muzyki ludowo-robotniczej, z wizualizacjami będącymi mixem tego co działo się na stole i starych kawałków filmów)

Za 40 zł, to naprawdę śmiesznie tanio.

PS. A, napisałem to tak dla siebie, bo jest już kilka relacji w sieci (razdwatrzy), które są dokładniejsze i ktoś nad nimi chyba posiedział chwilę. Więc chyba lepiej przeczytać którąś z nich niż tę moją. Ups! Sorry!

PPS. Wystawa "Cuda Niewidy" w CSW też była niezła, nie wiem jak to jest, ale przy CoCArcie jest jedyna co roku okazja w Polsce kiedy z przyjemnością i optymizmem idę na wystawę sztuki.

PPPS. Nawet jeśli pani z obsługi prosi mnie o podniesienie plecaka z podłogi, żeby ktoś go nie pomylił z eksponatem.

PPPPS. Aha, solenne postanowienie pisania regularnie o ostatnich koncertach.

wtorek, 11 grudnia 2012

wywiad z Williamem Basinskim

Z okazji kolejnej rocznicy 9/11 oraz niedawnego wydania "The Disintegration Loops" na winylu, Self-Titled Magazine przeprowadził wywiad z Basinskim. Jest dość długi, mnie się go dobrze czytało, i można się dowiedzieć trochę o słynnym przesłuchiwaniu "The Disintegration Loops" na dachu kamienicy z widokiem na płonące WTC, więc warto.

wtorek, 13 września 2011

9/11 i The Disintegration Loops na żywo

"The Disintegration Loops" Williama Basinskiego (w dużym skrócie, dla tych którzy nie kojarzą - klasyk współczesnego ambientu, 4-płytowe pozostałości po starych taśmach i nagraniach Basinskiego z lat '80, ulegających całkowitemu zniszczeniu przy przepisywaniu ich na format cyfrowy, posłuchaj fragmentu) ma za sobą taki dość niesamowity kawałek historii, że Basinski miał skończyć projekt 11 września 2001, rano, w swoim mieszkaniu na Brooklynie, około dwóch kilometrów od World Trade Center, i spędził cały dzień i wieczór na dachu, patrząc na płomienie i słuchając Disintegration Loops (poczytaj relację Basinskiego i opis wznowienia, a ta recenzja nie jest najgorszą jaką można przeczytać, i widać tam okładki wszystkich czterech płyt). Faktycznie, trudno mi znaleźć lepszy soundtrack do (metaforycznego, ale generalnie nie tylko) końca świata.

Dwa dni temu, z okazji dziesięciolecia zamachu, w Metropolitan Museum of Art w Nowym Yorku odbył się darmowy koncert podczas którego wykonano między innymi fragmenty Disintegration Loops. Całości można posłuchać tutaj. Moim zdaniem zdecydowanie warto posłuchać - użycie faktycznych instrumentow sprawia że wszystko jest wyraźniejsze i nieco szybsze niż w oryginalnej wersji, słychać że to Disintegration Loops, ale różnice są też nie do przeoczenia. Tym bardziej, że (przynajmniej o ile mi wiadomo) to pierwsze wykonanie "na żywo".

wtorek, 30 listopada 2010

Tor Lundvall, 2006

W 2006 Tor Lundvall wydał dwie płyty, "Yule" i "Empty City", i kiedy myślę o tym artyście, to zawsze o tych dwóch - omijam współpracę z Wakefordem, stosy kompilacji, wczesne mało ambientowe rzeczy, stosy wydawanych teraz kompilacji, czy nawet jego grafiki. Te dwie płyty są niezwykłe - zimowe, melancholijne i ciepłe jednocześnie, ale w subtelny, nienachalny sposób. Ludzie często myślą o nich jako o jesiennych, mi nigdy nie udało się tego dostrzec - nieodłącznie mam to w głowie powiązane ze śniegiem. Dużo ambientu, dużo melodii, do tego dość charakterystyczne, łatwo rozpoznawalne wokale. "Yule" jest grudniowa, z powoli padającym śniegiem w świetle ulicznych latarni, albo jak zbity śnieg z wzorami wymiecionymi przez wiatr i wystającymi tu i ówdzie rudymi resztkami trawy, jak pierwsze zdjęcie tutaj. "Empty City" jest bardziej jak późna zima, powoli topniejąca i przechodząca w wiosnę, i jak deszcz ze śniegiem.

Ukraść można łatwo stąd i stąd.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Mika Goedrijk - [2010] - Looking-glass World

Mika Goedrijk to gość stojący za This Morn' Omina, a "Looking-glass World" to jego drugi solowy album. Oba wyszły w Ant-Zen, pierwszego nie znam. Z This Morn' Omina mam tak, jak z wieloma innymi podobnymi projektami, np. Ah Cama-Sotz - nawet lubię stare albumy, ale nowe wywołują u mnie głównie niekontrolowane napady ziewania ("Momentum of Singular Clarity" było taaak słabe...). Na szczęście jego solowy album jest znacznie fajniejszy. Fajnie poukładane, wielowarstwowe elektroniczne sample i bity, melodia na wierzchu, dodatkowe linie tła pod spodem. Koło godziny, ale w ogole mi się nie dłuży. Dość zimne, wyraźne (i to w wyraźne w jasno "cyfrowo-techniczny" sposób, nie jak np. Muslimgauze z "Salaam Alekum Bastard") dźwięki - żadnych ciepłych plam, rozmytych przejść czy czegoś podobnego, chłod studia, ale to dobrze robi tej płycie. Niektóre melodie jakby skądś znam, ale nie umiem powiedzieć skąd. Troszeczkę w stronę "Parsec" Squaremeter, i mam jeszcze jakieś luźne skojarzenia których teraz nie umiem uchwycić. Myślę że warto, z tego co przesłuchałem - jedna z lepszych rzeczy z tego roku.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Nodern - [2005] - Nodern

Sprawnie trzymająca w napięciu elektronika. Sporo sampli wokalnych - szeptów i ech, dość duże zróżnicowanie poszczególnych kawałków, niespieszne echa, pętle, trochę bitów, wszystko całkiem złożone i dość niewesołe. Jest trochę tak, jakby zmieszać co bardziej popularne i przestępne Aphex Twin z jakimś Alva Noto, dodając do tego gdzieś w tle coś z Venetian Snares z "Cavalcade of Glee and Dadaist Happy Hardcore Pom Poms" i atmosferę a'la Burial. Mi się bardzo podoba, i szkoda że, o ile widzę, nie wyszło nic więcej, i że ten album nie jest jakoś szerzej znany. Warto, jest tu co odkrywać.

poniedziałek, 19 lipca 2010

16-17 VII 2010; Gorlice: GCK; Ambient Festiwal

Jakoś nigdy nie udało mi się wcześniej dotrzeć na Ambient, a dodając do tego fakt że przegapiłem Biosphere w Krakowie podczas zeszłorocznego Unsoundu, wyjazd do Gorlic był koniecznością.

Pierwszego dnia grali AABZU, Stendek i Bionulor, drugiego Jerzy "Juras" Gruszczyński i Biosphere. Pewnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że ta edycja Ambientu była dziesiątą w Gorlicach, a dwunastą w ogóle. W sali duszno i gorąco, klimatyzacja może będzie za rok a może nie. Na początku trochę się śmialiśmy z ludzi którzy usiedli i wyciągnęli wachlarze, ale bardzo szybko zaczęliśmy im zazdrościć - okazało się że ich doświadczenie jako bywalców sprawiło że wybrali słuszną taktykę. Po Biosphere dyrektor GCKu wylazł z termometrem na scenę i powiedział że w środku są 34 stopnie. Gosh.

No, ale. AABZU zagrało dobry set, trochę podobnie do tego co słyszałem przy okazji Bennetta w Krakowie. Oni i Stendek grali tak, że pewnie część ludzi żałowała że nie ma w sali GCKu kawałka wolnego parkietu do pogibania się. Anyway, AABZU sprawia na mnie trochę wrażenie polskiego Empusae czy Ah-Cama Sotz, ich występ po raz drugi był fajny i nie będę miał nic przeciwko usłyszeniu ich jeszcze kiedyś. Zresztą, skład gwarantuje dobrą jakość.

Potem Stendek. Obowiązkowy MacBook na scenie, + VJ Tusto od wizualizacji. Niestety, był fail techniczny - Mac nie wytrzymywał temperatury, dźwięk dość mocno cięło, w końcu przerwano koncert na chwilę i kontynuowano po dostawieniu wentylatora. Trochę też zgrzytały mi kwestie dźwiękowe - wysokie tony dość mocno się zlewały w jedno. Ale za to niskie były dobrze zrobione i trzęsły fotelami. VJ całkiem OK, szczególnie fragment z twarzami jakoś na początku, potem nawet fajnie i abstrakcyjnie, ale bawił się odbiciami, co mi zawsze mocno zgrzyta - nie lubię dostrzegać wyraźnie osi symetrii, tutaj nie dało się ich przegapić.

Bionulor zagrał znacząco inaczej niż poprzednia dwójka, ambientowo, trochę dronowo, mniej elektronicznie, bardziej spokojnie. Gdzieś w tym momencie zauważyliśmy, że lęku metafizycznego dodaje żyrandol z kulą lustrzaną, wyglądający trochę jak wielki mechaniczny pająk z olbrzymią gałką oczną - tym bardziej, że na przemian na czerwono i zielono odbijał się w nim jakiś element nagłośnienia. Najbardziej chyba podobał mi się przedostatni kawałek, z samplowanymi wokalami, trochę a'la SETI. Nie umiem tylko zdecydować się co do ostatniego, 'Nic nie jest prawdziwe' - z jednej strony fajnie zrobiony a ja jestem podatny na takie zabawy z samplami wokalnymi, z drugiej przewidywalny i od strony tekstu, nieco pretensjonalny.

Jeśli jeszcze mowa o koncertach piątkowych - duży respekt dla gościa od świateł - poza Aphex Twin (ale to była zupełnie inna sytuacja) chyba nie widziałem tak dobrze zrobionych świateł w Polsce. Dobrane do melodii, odpowiednie kolory, dodawały całkiem sporo do występów.

W sobotę za to udało nam się zjeść (no dobra, zjeść to za dużo powiedziane) najgorszą pizzę evar.

Jerzy "Juras" Gruszczyński zagrał bardzo dobrze, ładnie i nieprzewidywalnie. Były takie momenty, kiedy myślałem "aha, od teraz to będzie jak Svartsinn czy Northaunt / ambientowy Ildjarn / coś akademickiego / Hirsch", a Juras zawsze grał coś innego. Skończył (no, przed przerwą po której zagrał jeszcze jeden kawałek - miał nie do końca dobrze dopasowany czas trwania pokazu slajdów ze zdjęciami gór) świetnym industrialnym walcem (zresztą wcześniej też ich kilka było), trochę podobnym do 'Megatron' Chu Ishikawy z soundtracku do "Tetsuo" (tego końcowego kawałka w filmie) z dodanymi elementami neoklasycznymi - super sprawa. Jedyne co mi odrobnikę zgrzytało, to dyskretne (w znaczeniu: nieciągłe) przejścia między kolejnmi utworami.

I wreszcie Geir Jensen, który zniszczył obiekty. Świetne wizualizacje, pejzaże, mocno przerobione metra i poczekalnie, różne plamy. Kawałki od "Patashnika" przez rozszerzoną "Substratę" do mojego ulubionego "Cirque", trzy bisy, zabawa efektami, field recordings, melodiami - doskonałość. I nawet samplowany kobiecy wokal w trzecim bisie nie przeszkadzał tak bardzo.

Z innych rzeczy, kupiłem sobie "Inbetween" Nemezis (chciałem to mieć jakoś od ich świetnego koncertu na VI WIF, a dotąd nie było okazji), "Minus" Tho So Aa (w ramach losowego zakupu, poza tym "Identify", tegoroczny album tego projektu, jest całkiem całkiem) i "Voice Tract - Droga Głosu" Wieloryba (za 20 zł, co jest po prostu śmieszną ceną).

Na koniec: wstępnie i nieoficjalnie, na przyszły rok zapowiedziano Fennesza.

niedziela, 27 czerwca 2010

Beehatch - [2008] - Brood

Beehatch to projekt nie byle kogo, bo gra w nim Mark Spybey z :zoviet*france: i Reformed Faction (a oprócz niego Phil Western, ale najgłośniejszego projektu z jego udziałem, Download, jakoś nie słuchałem, nigdy okolice muzyczne Skinny Puppy nie zainteresowały mnie na tyle żeby się im dokładnie przyglądać). "Brood" dość wyraźnie pokazuje wyraźną tendencję byłych członków :zoviet*france: (por. Robert Storey): nagrywania bardziej "strawnej", prostszej i przystępnej niż :z*f: muzyki. Jakby mniej "ezoterycznej". Z dwojga złego, :zoviet*france: dla laymana albo nic, oczywiście lepiej wybrać to pierwsze. Jest tu trochę dość chwytliwych przejść, prostych rytmów, kompozycje nie są zbyt złożone czy wielowarstwowe, powtarzające się frazy wokalne, dużo łatwo wychwytywalnych regularności. Jeśli ktoś lubi Carbon Based Lifeforms, ale chciałby coś mniej rytmicznego, znajdzie tu trochę kawałków dla siebie. Całkiem ładne tło albo wstęp do słuchania takich rzeczy, ale na jakieś niesamowite głębie muzyczne nie ma się co nastawiać.

czwartek, 24 czerwca 2010

23 VI 2010; Kraków: Eszeweria; arteterapia : experience of losing control

Miało się zacząć o 20, zaczęło o 21, traktuję jako część uroku (bez ironii!) Eszewerii i takiego typu koncertów. Eszeweria, wiadomo: przybrudzone ściany, ciemno, krzesła każde z innego kompletu, losowe obiekty na ścianach, prywatne mieszkanie za barem, typowy stary Kazimierz. Dzisiaj już takich nie robią.

Po drodze były: mindfuck z kwantami (#pierdolężenieumiemapotemmampięć, ale mindfuck anyway, + chwila grozy na założeniu outcome indepence przy stochastycznym wyprowadzeniu nierówności Bella), słabe one-linery z okolic TBSP i konstatacja że od września nie jadłem syfskiej zapiekanki z okrąglaka. Nie zmęczyłem całej.

Experience of losing control było podzielone na dwie sale. Najpierw zagrali Michał Dymny i Tomek Chołoniewski. Perkusja + gitara, chyba jakieś minimalne wokale, nie widziałem za wiele bo uznaliśmy że dobrą strategią będzie okupowanie kanapy (w tej drugiej sali) na drugą część koncertu, co okazało się niezłym wyborem. W każdym razie, dość mocno improwizowane bawienie się instrumentami, luźne podobieństwa do bazyliona rzeczy, czasem tylko przeszkadzała mi brzmiąca po-Tzadikowo gitara, ale to ja. Trochę małpi gaj, bardzo fajne.

Potem Jeff Gburek i Rafał Iwański / X-NaVI:et, jak kto woli. X-NaVI:et już miałem zobaczyć przy jakiejś okazji parę miesięcy temu, ale coś losowego wypadło. Tło przy stoliku za nami trochę przeszkadzało - gość który czego się tknął zamieniał w suchar (Cum-bodża, Cum-erun, i tak dalej, no nigga plz) + dwie samice. Średnio mnie ciekawi czy przelizał się też z czwartą osobą przy stole, jakimś innym samcem, stawiam że tak. Na szczęście dość szybko przerzuciłem się na tryb w którym słowa stamtąd i od baru traktowałem jako dźwięki, nie jak mowę, więc było spoko, fajne dodatkowe efekty. Brakowało mi też jakiegoś jednego czy dwóch głośników za plecami, ale nie można mieć wszystkiego.

Zagrali bardzo dobry, zróżnicowany set. Jeff bawił się efektami, głównie pętle, "silnikowe" trzaski, zarysy melodii w tle, Iwański najpierw trochą talerzami, potem talerzami i czymś fajnym z dźwiękiem podobnym do fletu, potem czymś innym fajnym brzmiącym jak skrzyżowanie dźwięków z game boy'a ze stereotypową muzyką Dalekiego Wschodu, a potem też efektami. Bardzo satysfakcjonujące, chętnie przejdę się jeszcze na jego/ich jakiś koncert przy następnej okazji.

środa, 2 czerwca 2010

S.E.T.I. - [2009] - Corona

Nie znam chyba nawet jednej dziesiątej dyskografii Lagowskiego, ale zeszłoroczna "Corona" z Loki Foundation jest świetna. Lagowski nigdzie się nie spieszy, powoli, kilkoma powtarzającymi się sekwencjami dźwięków i paroma liniami szumów w tle buduje niby-kosmiczne, niby-technologiczne, niby-industrialne pejzaże. Nie słyszy się tego od razu, ale to dość bogata dźwiękowo płyta, dużo efektów, dużo szumów, dużo kawałków melodii i rytmów. Do tego zgrabnie wkomponowane sample wokalne i - jak zawsze w Loki - dobra produkcja. To płyta przystępna dla niewprawnego słuchacza, ale zarazem nie osuwająca się w trywialność, zdecydowanie warto. Spokojna, nieco nostalgiczna, refleksyjna. Trochę przypomina mi spokojniejsze albumy Bad Sector. Z albumów wydanych w 2009, jeden z najlepszych jakie słyszałem.

sobota, 15 maja 2010

Biosphere - [2000] - Cirque

Zupełnie przypadkiem dowiedziałem się ostatnio, że mam znajomych którzy nie wiedzą co to jest Biosphere. Ja rozumiem że można być starym zatwardziałym black metalowcem czy coś, ale chyba są granice, ej. Więc to jest tak, że jak mowa o płytach Biosphere to najczęściej wracam do "Cirque", a ludzie najbardziej sobie cenią "Substrata". Preferuję "Cirque", bo ma więcej chwytliwych fragmentów, ale są dość zbliżone do siebie. Obie to delikatny ambient / elektronika, dużo lodu, ale nie w zimny sposób a'la Lull, starannie poskładane, dopracowane. "Cirque" to jedna z takich płyt o których trudno mi pisać nie popadając w skrajną grafomanię albo dziwne przeskoki świadomości. Doskonała, obowiązkowa pozycja.

niedziela, 9 maja 2010

Tim Hecker - [2006] - Harmony in Ultraviolet

Tim Hecker jest dobry nie na taką pogodę jak dzisiaj (na rano, zdecydowanie bardziej Tor Lundvall), ale jak była w Krakowie wczoraj: kiedy jest ciepło albo chłodno, ale nie gorąco i nie zimno, kolory są białe, szare, piaskowe, jasne, nie ma zielonego, albo jest niezauważalny, zamiast niebieskiego jest bardzo jasny błękit przechodzący w szarość, jeśli czerwony czy żółty to nie są jaskrawe, a wypłowiałe i zwietrzałe. Rynek z którego praktycznie pozbyto się drzew jest w tym względzie dobrym miejscem. Dobrze jest jeśli jest raczej pusto i lekko wieje, i nie ma roślinności dookoła.  Nie powinno wiać za bardzo, i pustość nie powinna być jakaś mocna, opuszczona, ale zasadniczo zamieszkała. Kraje śródziemnomorskie tak, skandynawskie nie. Zdecydowanie raczej Europa.

Wtedy plamy, pętle i spokojnie przejścia które tak bardzo lubi Hecker działają najlepiej. Dostaje się dobrze dopasowany podkład do spleenu krakowsko-pokonferencyjnego albo wiosenno-letniej depresji.

Trochę kojarzy mi się z tym co na żywo na II CoCArt zagrał Vitor Joaquim, albo Pinhas z Luczynskim i ktoś jeszcze.Trochę też z "Inbetween" Nemezis, ale ono z kolei ma ładunek innej melancholii.

Bogiem a prawdą, wydawnictwa Tima Heckera nie różnią się zanadto od siebie (jak kto woli: konsekwentnie podąża wybraną artystyczną ścieżką / wciąż to samo na jedno kopyto), moim zdaniem naprawdę warto, ale nie mam za tym jakichś przekonywujących argumentów.

wtorek, 2 lutego 2010

A bu.

Dowiedziałem się że Electric Wizard jednak nie zagra na Asymmetry Festival. Buuuuu :(

 W ramach pocieszenia kupiłem bilet na Ulvera, chociaż skłamałbym gdybym powiedział że jestem przekonany że jest wart swojej ceny.

niedziela, 24 stycznia 2010

Troum - [2009] - Eald-Ge-Streon

Z całej masy nudnych projektów korzystających ze słowa "drone" warto słuchać bardzo niewielu i Troum zdecydowanie jest jednym z nich. Zeszłoroczny album tylko to potwierdza. Charakterystyczny styl Troum: ładnie rozmyte warstwy, organiczne tekstury, przetworzone gitary, rzadko spotykana intensywność, wszystko harmonijnie połączone. I do tego świetnie wypada na żywo. I jeszcze cover Savage Republic. Czego chcieć więcej?

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Alio Die - [2008] - Aura Seminalis

Zetknąłem się raczej z chłodnymi opiniami jeśli chodzi o ostatnie płyty Stefano Musso. Może są uzasadnione - znam jego dyskografię raczej wyrywkowo i tylko przez albumy nagrane we współpracy z kimś, nie solowe. Ostatnie, to znaczy "Aura Seminalis", "Tempus Rei" czy split z Aglaia.

W każdym razie "Aura Seminalis" słucham bardzo często. Spokojne, relaksujące, zero ciężkich elementów, raczej organiczne, trochę jakby ambientowiec zabrał się za chorały gregoriańskie. Graficznie design sugeruje renesans, z moimi odczuciami (późne średniowiecze) się to jakoś luźno zgadza - Musso jest niby z Mediolanu. Naturalnie nie w sensie odtwórstwa historycznego czy czegoś podobnego, raczej naturalnie się narzucającej mi na myśl atmosfery.

Czytanie przy tym "Gry szklanych paciorków" jest wartym przeżycia doznaniem. W tej serii wyszły do tej pory dwa albumy, liczę na więcej.

wtorek, 29 grudnia 2009

J. Dukaj "Wroniec"

Przeczytałem niedawno "Wrońca". Bardzo krótka lektura, godzina z hakiem, ale sympatyczna. Nie złapałem paru szczegółów - głównie odniesień via neologizmy utworzone od skrótów - ale to naturalne. Nie rozumiem też jednej rzeczy w końcówce - co oznacza alef na czole Adasia, a przez to mam wrażenie że w ogóle nie rozumiem zakończenia. To + imię, jakiś klucz kabalistyczny? Proste odniesienie do Michnika? Ogólna niezobowiązująca symbolika końca i początku? Zastanowię się przy ewentualnej kolejnej lekturze. Plus za nieoczywiste zakończenie.

Od strony oprawy graficznej miałem dziwne skojarzenia z klipami Job Karmy. Dziwne, bo od dłuższego czasu nie słuchałem, no i od strony nastroju i tematyki nie widzę związków. Trochę tak, jakbym mógł sobie wyobrazić że ilustracje Jabłońskiego w połączeniu z tekstem Dukaja są drugą stroną wizualizacji Bagińskiego.

Pod wpływem "Wrońca" słucham Krępulca "New Radical". Zabawne, ale od czasu wydania zmieniłem opinię o "New Radical" o 180 stopni. M.in. jestem teraz zdania że to jedna z najlepszych polskich rzeczy w nurcie martial (choć niekoniecznie musi to wiele znaczyć). Aha, i akordeony świetnie pasują do pomysłu na tę płytę.

sobota, 26 grudnia 2009

SoiSong - [2009] - xAj3z

Pisanie o tym kim są ci dwaj panowie to strata czasu, przynajmniej jeśli chodzi o jednego z nich, tego Niechlujnego. Kiedy słucham tej płyty, nieustająco odnoszę wrażenie jakbym słuchał The Future Sound of London - cyberpunkowego, z Dead Cities czy Lifeforms - przeniesionego o 15 lat w przyszłość i 1700 km na wschód. Połamana elektronika i oczywiście duch Coil (choć nie jestem w pełni przekonany że czułbym go gdyby nie osoba Christophersona). Jedna z fajniejszych rzeczy w 2009, warto.