Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 listopada 2013

T'ien Lai & Tundra, 27.11.2013, Re, Kraków

Tundra: byłem tylko na fragmencie który był ambientowy, medytacyjny i z użyciem dzwoneczków.

T'ien Lai. Wizualnie, bardzo fajnie: dwóch bosych ludzi w kolorowych, ja wiem, hidżabach? (przegrywam w nazywanie ubrań), no w każdym razie kolorowych szmatach, z czarnymi maskami na twarzy. Muzycznie: zacząłem słuchać od drugiej połowy "Serca miast zatrzymują się" (z tym fajnym, długim, transowym zakończeniem), a potem było spokojniej, czasami jak nieco przybrudzone CAN (reszta albumu w mało-disco aranżacji, ale dobrej do gibania się z zamkniętymi oczami).

Kto nie był ten trąba.

poniedziałek, 9 września 2013

Ambient Festival, 12-13.07.2013, Gorlice

W nawale rozmaitych lipcowych wyjazdów kompletnie zapomniałem napisać coś o tegorocznym Ambiencie (tym gorzej, że chyba o żadnym z trzech poprzednich na których byłem też nic nie pisałem...). Na szczęście znalazłem ostatnio jakieś szczątkowe notatki.

Pierwszego dnia grało najpierw Digitalsimplyworld, które trafiło idealnie w moje gusta, a poza tym miało świetną wizualuzację z mózgiem.

Potem było 1605 Munro, którego początek i końcówka bardzo mi się podobały, ale środek miał trochę za dużo sampli wokalnych i dźwięków pianina. Znowu, niezłe wizualizacje wyrównywały (ten Ambient w ogóle był świetny od tej strony).

I wreszcie Neuronium. Od strony wizualnej, było dość... oldskulowe, w sensie: bąbelki, sefiroty, fotki artysty, skrzydlate jednorożce, i tak dalej. A od strony muzycznej było dobrze, jedyne co mi momentami przeszkadzało to za dużo kobiecych wokali (nie lubię kobiecych wokali w mojej muzyce elektronicznej).

Drugiego dnia grali Aquavoice, jak zawsze fajne, oraz Rapoon, który wreszcie miałem okazję zobaczyć (zawsze do tej pory miałem pecha), który zagrał fantastycznie, bardzo "płynąco".

Na koniec, gwiazda, czyli Manuel Göttsching: były nowe, stare i średnie kompozycje, Sunrain na sprzęcie z epoki (Osoba Towarzysząca grała w szachy na smartfonie i uważa że nie czyni jej to troglodytą), 30 minut bisu, w ramach którego była nienazwana kompozycja z 2012 oraz Midnight on Mars... Niezapomniana rzecz.

All in all, każdy kolejny ambient jest lepszy niż poprzedni - tym razem nie wyrzuciłbym z programu nikogo, i wszystkie koncerty mi się podobały. Krążyły jakieś plotki o tym że to ostatni Ambient; mam nadzieję że nie - to byłaby niepowetowana strata na mojej mapie koncertowej.

sobota, 29 czerwca 2013

12 VI 2013: Jex Thoth na Southern Discomfort #16

Poszedłem tylko na Jex Thoth (omijając Vagitarians, Exmortum i Gallileous). Nie lubię takich miejsc jak Lizard King, ale muszę przyznać że to dobre miejsce na koncerty - scena jest łatwo widoczna z większości sali, dużo miejsc siedzących przy zachowaniu przyzwoitej przestrzeni pod sceną, balkoniki.

Tym razem wszystko było w miarę o czasie - Jex Thoth miało grać od 22 albo 22:30, zaczęło o 22:50 - dużo lepiej niż poprzednim razem - a skończyli jakoś parę minut po północy.

Jex na scenie wyginała się na wszystkie strony; chyba miało powstać wrażenie że ona jest opętana czy coś, albo to miało jakoś pasował do muzyki, ale ja miałem trudności z wyłapaniem tego. Ale poza tym, koncert był udany; dobrze dobrane szybsze i wolniejsze fragmenty, kilka całkiem transowych momentów, było do czego się poruszać, do tego fajny bis.

Chciałbym żeby nagrali płytę z coverami Jefferson Airplane.

niedziela, 23 czerwca 2013

18 VI 2013: Hulda Huima & Toni Kettinen


Odkąd zacząłem śledzić Las Krakowski okazało się że w różnych średnio atrakcyjnych miejscach może jednak dziać się coś ciekawego. Niedawny casus: Bomba i ten koncert.

Hulda Huima grała na gitarze i śpiewała po fińsku (uwielbiam śpiewany fiński) - mógłbym być bardziej zachwycony chyba tylko gdyby zagrała cały set bez przerw.


Na Tonikettinen okazało się że akustyczny punk właściwie nie różni się od melancholijnego country (momentami drażniła mnie harmonijka), ale lubię melancholijne country, zresztą oba koncerty były darmowe (zapłaciłbym za nie, gdybym miał jeszcze kiedyś okazję).

Also, balkonik w Bombie nawet daje radę koncertowo.

wtorek, 21 maja 2013

19 V 2013: Southern Discomfort #15

Poszedłem na black metal w Kawiarni Naukowej. Pomimo organizatorów prężących się na fejsie o sztywnym trzymaniu się rozpiski czasowej, pierwszy projekt zaczął grać z jakimś 80-minutowym opóźnieniem (w stosunku do 18:30), a Aluk Todolo zamiast o 22:40 zaczęło grać o 1. Nie wiem czy to jednorazowa wpadka, mam nadzieję że tak.

Outre zagrało dość przeciętny ale poprawny black, po którym nastąpiła... przerwa dłuższa niż ich cały koncert i kolejne soundchecki. Jakoś koło 21 zaczęła grać Entropia, która miała nawet fajnie dudniącą perkusję. Potem była Mord'a'Stigmata, która grała dużo ciekawiej niż zapamiętałem sprzed paru lat, i Thaw, na które trochę liczyłem, ale nieco się zawiodłem - było OK, ale oczekiwałem czegoś bardziej niestandardowego niż długie instrumentalne fragmenty i okazjonalne zwolnienia. Oceniałbym że to dobre granie, które parę lat temu pewnie podobałoby mi się dużo bardziej niż dzisiaj. Potem była bardzo krótka (kwadrans?) Lussuria, czyli trochę dark ambientu, w dużej mierze zagłuszanego przez szumiące wentylatory (wątpię żeby to był zamierzony efekt).

I wreszcie o 1 w nocy godzinny koncert zaczęło grać Aluk Todolo, i okazało się że było na co czekać. Zrobili bardzo ładną transową ścianę dźwięków z przesterowanych gitar i szybkiej perkusji; zero wokali, co wyszło na plus. Z sufitu zwisała żarówka, którą jeden z nich rozwalił na sam koniec. Cieszę się że będą grali na WIF w tym roku.

Brakowało mi makijażu, black metal jest fajniejszy z makijażem :( Zamiast tego, większość grających ubierała czarne bluzy z kapturami (myśl: bazarowa wersja Sunn O))) ), w których chyba była im niesamowicie gorąco, więc przynajmniej, prawda, cierpieli dla czarnej sztuki, no ale jednak umalowane ryje są zabawniejsze.

Wyszedłem z nagraniem katowickiego koncertu Merzbow i info że w czerwcu będzie wznowienie CD wyprzedanej płyty Starej Rzeki.

poniedziałek, 20 maja 2013

11 V 2013: Joanna Makabresku i Boanerges

W Kawiarni Naukowej (nowa lokalizacja jest całkiem fajna, jedyny minus to zapach krakowskiej zagrzybionej piwnicy) co jakiś czas grają postpunkowo zimnofalowe rzeczy, i byłem niedawno na Boanerges supportującym Joannę Makabresku.

Boanerges (nie, nie ta unblackowa grupa) okazało się być fajnym postpunkowym duo z monotonną perkusją i tekstami które Osoba Towarzysząca - dużo mniej ode mnie usatysfakcjonowana z koncertu - podsumowała jako "jaja i szczypior / miód i mleko / wojna i zwątpienie". Ja byłem bardzo zadowolony i trochę żałuję że nie wziąłem ich płyty - mam nadzieję że będzie jakaś okazja.

Joanna Makabresku zagrała bardzo, bardzo fajnie - było sporo kawałków z "Piątej Prostytucji" - Mięso, Fabrykę, Wakacje w Warszawie, Bujdogenerator, Pracę nową, ... - i trochę nowych (nieśmiało była mowa o nowej płycie w 2014). Dobrze było ich usłyszeć i cieszę się że można w Krakowie posłuchać takiej muzyki na żywo.

niedziela, 31 marca 2013

V CoCArt festival: wrażenia

Niestety przegapiłem czwartą edycję CoCArtu, na szczęście nie przegapiłem piątej.

Nowa lokacja (druga i trzecia edycja były na podziemnym parkingu Centrum Sztuki Współczesnej) na pierwszym piętrze okazała się dość dobra: na minus duża słyszalność rozmów z zewnętrz, na plus materace na których można się było położyć - dawno nie pamiętam koncertu w równie komfortowych warunkach. Fajnie byłoby zachować to na przyszłość!

Muzycznie było, jak zawsze, dobrze: szczególnie spodobały mi się:
- litewskie Arma (no, do momentu w którym wizualizacja przeszła na błyskotki i biżuterię; pierwsze 2/3 występu, ze świetnymi wizualizacjami kojarzącymi się z zapomnianą dziwaczną przeszłością, badaniem przyrody i setką innych drobnych rzeczy, były wśród bardziej poruszających ostatnio usłyszanych)
- Z'EV (szkoda że wykorzystywany system wizualizacji - tj., ustawienie słoika z wodą na wzmacniaczu, podświetlenie go różnokolorowym światłem i przekazywanie sygnału na rzutnik w trakcie grania - nie zadziałał na koncercie w Krakowie)
- Jean Herve Peron & friends, powiedzmy (występ który zaczyna się od usadzenia dwóch pań z szydełkami pod sceną i rozdania publiczności wędzonych rybek jest super jeszcze zanim zaczniemy mówić o różnorodnej muzyce, performensowych trickom Jeana, mówieniu brzydkich rzeczy o sztuce, świetnie zrobionej perkusji przez (nie-pamiętam-którego) Chołoniewskiego, angażowaniu publiczności do mikrofonu... cudo)
- Sudden Infant (dobrze wykonana od strony hałasu smutna historia; pod koniec nieco przewidywalna, ale może to świadczy o kunszcie wykonawcy?, kolejny ładny performensowy kawałek)
- Pierre Bastien (który grał na małych wiatraczkach i silniczkach i starych samplach muzyki ludowo-robotniczej, z wizualizacjami będącymi mixem tego co działo się na stole i starych kawałków filmów)

Za 40 zł, to naprawdę śmiesznie tanio.

PS. A, napisałem to tak dla siebie, bo jest już kilka relacji w sieci (razdwatrzy), które są dokładniejsze i ktoś nad nimi chyba posiedział chwilę. Więc chyba lepiej przeczytać którąś z nich niż tę moją. Ups! Sorry!

PPS. Wystawa "Cuda Niewidy" w CSW też była niezła, nie wiem jak to jest, ale przy CoCArcie jest jedyna co roku okazja w Polsce kiedy z przyjemnością i optymizmem idę na wystawę sztuki.

PPPS. Nawet jeśli pani z obsługi prosi mnie o podniesienie plecaka z podłogi, żeby ktoś go nie pomylił z eksponatem.

PPPPS. Aha, solenne postanowienie pisania regularnie o ostatnich koncertach.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Wiosenne koncerty

(1) 8 i 9 lutego Savage Republic gra dwa koncerty w Polsce, w Warszawie i Wrocławiu. Są świetni na żywo, więc jeśli ktoś ma okazję to szkoda ją zmarnować. Wrocław ma fajne supporty, ale wszystko wskazuje na to, że będę w Warszawie. Tutaj jest wywiad z okazji polskich koncertów.

(2) 22 i 23 marca będzie piąta edycja CoCArt w Toruniu - jest już line-up (całkiem mind blowing). Mam nadzieję że w tym roku nic nie wypadnie w ostatniej chwili - CoCArt to moje top 3 imprez muzycznych w Polsce.

środa, 19 października 2011

12 X 2011; Kwoon

W skrócie, to koncert Kwoon w Imbirze miał wszystko to, co sprawia że koncerty w większości miejsc w Krakowie są chujowe: godzinne opóźnienie, fatalne nagłośnienie i brak miejsca i tlenu.

Najpierw zagrało Papertree, które jest polskim projektem, jak na moje ucho, to chcącym być Red Sparrowes czy Pelican (ale nie znam się na trendach w postrockach, więc równie dobrze to mogą chcieć być Russian Circles czy co tam teraz jest modne). . Wyglądało na to że ludzie z zespołu dobrze bawili się na scenie, więc przynajmniej im to granie daje radość, a skoro tak, to jakoś nie wypada mi się czepiać. Więc w skrócie, to się wynudziłem, nie lubię takiej muzyki na żywo, studyjnie też coraz mniej. Przynajmniej nie było wizualizacji (dalej mam traumę po A Storm of Light).

Kwoon zagrało w porządku, chociaż nagłośnienie było naprawdę fatalne (co przypomina mi o jedynym przekonywującym mnie argumentem za stoperami w uszach na koncertach: redukują szum na tyle, że da się rozpoznać muzykę w tym co leci z głośników). Oczywiście zagrali I Lived on the Moon, trochę nowych kawałków (były całkiem OK) i bardzo ładny walec z wysokimi rejestrami pod koniec, przez który miałem trochę wrażenie że rozgrzewali się przez godzinę żeby grać przez dwie minuty.

No nie wiem. Jakoś tak bez szału było.

piątek, 24 grudnia 2010

Podsumowanie: koncerty 2010

To nie był jakiś szczególnie dobry rok koncertowy. Większość wiosennych rzeczy odwołano z powodów losowych czy innej żałoby narodowej, większość jesiennych przegapiłem z powodu braku czasu / pieniędzy / pokrywających się terminów.

Byłem na:
- Ulverze z supportami (bez szału),
- doskonałych The Residents,
- ładnych mnichach z klasztoru Drepung i Karpatach Magicznych - jedyny kwas to nieszczęsny beatnik,
- X-NaVI:et z paroma innymi rzeczami - nieźle, jak na dźwięk w Eszewerii,
- świetnym KOT w Fabryce,
- Gorlickim Ambiencie, z Biosphere,
- bardzo dobrym Atari Teenage Riot w Krakowie,
- takich sobie Prawatt i Jacaszku,
- tradycyjnie, na Wrocław Industrial Festival - jak co roku, najlepszym evencie muzycznym (część 1 i część 2).

Nie byłem na:
- odwołanym Molvaerze w Krakowie,
- odwołanym CoCArt w Toruniu,
- odwołano mi Electric Wizard na Asymmetry,
- a także Merzbow i Wolf Eyes we Wrocławiu,
- oraz Rome w Krakowie,
- a na Zorna i Reeda w Lublinie nie pojechałem, bo z wiosennych koncertów ten miałem ominąć, bo za daleko - oczywiście zagrali bez przeszków,
- po raz pierwszy od paru lat nie byłem na Sacrum Profanum - jakoś nic ciekawego nie znalazłem tam w tym roku, więc żadna strata,
- niestety, nie byłem też na Unsound (i tu żałuje Lustmord, Tima Heckera i Emeralds),
- i zaraz potem, na Alva Noto we Wrocławiu (tyle "dobrego", że Harris odwołał występ),
- Carbon Based Lifeforms w Krakowie, bo w tym samym czasie był drugi główny dzień WIF,
- no i, na dobre zakończenie, na żadnym z dwóch koncertów Swans.

Niestety, znacznie słabiej niż w zeszłym roku, przynajmniej ilościowo. Jakościowo chyba też. Strasznie mnie zabolała duża liczba odwołanych rzeczy wtedy, kiedy miałem doskonałe warunki do jeżdżenia po koncertach. Oby w przyszłym roku było lepiej.

sobota, 20 listopada 2010

Brighter Death Now z WIF VIII

Przypadkiem trafiłem na dwuczęściowe nagranie z koncertu Brighter Death Now #wzeszłymrokunaWIF. Oprócz oczywistych walorów muzycznych, warto przyjrzeć się temu co robi Karmanik na początku drugiej części: nonszalanckie gesty, wyszukiwanie sobie ofiar do terroryzowania wśród publiczności, pełna bezpośredniość - dość rzadko spotykane elementy występu muzycznego. Enjoy. (także: nagranie z dalsza, inne nagranie)

 

czwartek, 18 listopada 2010

13 XI 2010; IX Wrocław Industrial Festival #2

Drugi z głównych dni WIF. W ramach uzupełnienia pierwszego, warto dodać że wokalista Theme non stop zasłaniał sobą obraz (co drażniło), a Christophe Demarthe umie ruszać połową ciałą, drugą mając całkowicie nieruchomą (co rządziło).

Job Karmę widziałem po raz trzeci, i po raz trzeci zagrali dobrze. Mieli nowe wizualizacje Bagińskiego, chyba dwie albo trzy - ta z telewizorami (4:16) do TerrorVizji jest rewelacyjna, i mam nadzieję że pomysł wydania DVD z wszystkimi wizualizacjami o którym kiedyś można było usłyszeć jest wciąż aktualny. Także, był do kupienia ich nowy album, wydany w kwietniu w OBUHu, a ja przegapiłem. Świetny efekt tworzyło koło 10 ekranów (netbooków?) porozstawianych na scenie, z zapętlonym fragmentem video. Bardzo sympatycznie, i mogliby czasem wpaść do Krakowa.

Non Toxique Lost - to niemiecki projekt, a ja miałem wrażenie że słucham bardzo japońskiej muzyki. Pierwsza połowa brzmiała tak, że spokojnie możnaby ich wsadzić jako soundtrack do Electric Dragon 80K V, druga bardzo mocno przypominała mi bardziej luźne i przystępne albumy Einsturzende Neubauten. Mi się podobało, sympatyczny przerywnik.

Contagious Orgasm - bardzo, bardzo ładny koncert. Trochę jazda przekrojowa po całej dyskografii, duże zróżnicowanie, od szumów z okolic "Vacuum Pulse" przez ściany hałasów do wyraźnych i czytelnych bitów. Tu światła bardzo dały radę, tworząc nad ich głowami jakby przestrzenną strukturę, i do tego zniekształcone cienie obu Japończyków na ścianie z prawej strony i na wizualizacjach. Sycące.

Derniere Volonte - bardzo popowo, mnóstwo kawałków z ostatniego albumu, chyba nic ze starych płyt. Wokalista zachowywał się trochę tak, jakby chciał zapłodnić mikrofon. Muzycznie, za cichy wokal, i - jak na mój gust - za dużo playbacku. Ale sądząc po reakcjach sali nic się nie zmieniło, i wygląda na to że militarny pop to wciąż doskonały sposób na wyrywanie lasek (a, mając w pamięci Toma z Finlandii, podejrzewam że lasków również).


Spiritual Front. Bolało mnie nagłośnienie - np. w ogóle nie udało mi się rozpoznać co zagrali po 'Kiss the girls and make them die'. Trochę jak koncert metalowy, ze zdecydowanie za głośną perkusją, zagłuszającą inne elementy. Ale poza tym, naprawdę nieźle. Zagrali dość mocno inaczej niż na płytach, mniej balladowo, bardziej agresywnie, głośniej. Trochę rozumiem już dlaczego Salvatori określa się jako Hellvis (libertyński braciszek Elvisa). Także, jego chwyt z zasłanianiem projektora tak, żeby wyświetlany film lądował na pudle gitary był naprawdę niezły. Mniej więcej po połowie "Armageddon Gigolo" i "Roma Rotten Casino", chyba tylko jeden starszy kawałek. Spodziewałem się czegoś więcej, ale i tak wyszło naprawdę zacnie.

Con-Dom - oh yeah. Nie każdy lubi taką muzykę, mi różne power/harsh/etc. projekty robią dobrze przede wszystkim na żywo. No bo półnagi, wysmarowany brązową farbą gość na scenie, zero świateł, tylko ponura wizualizacja z ruinami zamków, cytatami z de Sade'a i chłostanymi męskimi pośladkami. Mike'a widać głównie w błysku fleszy (chyba po raz pierwszy duże +1 dla ludzi z aparatami na koncercie, efekt był świetny), wrzeszczenie do dwóch mikrofonów naraz, gibający się transowo ludzie pod sceną, i tak gdzieś w połowie wychodzi postać o trudnej do określenia płci w militarnym stroju i zaczyna go chłostać. Mi się bardzo podobało, ale chyba jestem w tym odosobniony.

Kunst Als Strafe - najpierw były artystowskie drony i abstrakcyjne wizualizacje, ale potem się rozkręcili i było fajnie i w stylu Troum. Moment kiedy zeszli ze sceny, zostawiając powoli cichnący rytmiczny walec był całkiem niezły. Nic mnie tam nie zachwyciło, ale jako podsumowanie na zakończenie koncertu, całkiem całkiem.

Niestety, tradycyjnie nie mogłem zostać na ostatnim dniu - żałuję, bo podobno było fajnie. All in all, tak jak oczekiwałem - impreza pierwsza klasa, bez wątpienia najlepsze wydarzenie muzyczne na jakim byłem w tym roku, i jeśli niebo nie spadnie mi na głowę, z pewnością jadę na kolejną edycję.

wtorek, 16 listopada 2010

12 XI 2010; IX Wrocław Industrial Festival #1

Po raz czwarty byłem na WIF. Face it, gadanie np. gości od Unsoundu o najlepszym festiwalu w Polsce jest jednak troszeczkę na wyrost.

Ponownie, niestety, byłem tylko na dwóch głównych dniach, bo trzeba było wrócić do Krakowa - w efekcie znowu nie zobaczyłem np. Vilgoci (mam trochę epickiego pecha do jego koncertów). Wydaje mi się że w tym roku było bardziej spójnie stylistycznie niż na poprzednich paru edycjach - nie było np. niczego czysto neofolkowego, dark ambientowego albo jakiegoś EBM. Z jednej strony fajnie, z drugiej brakowało mi czegoś pokroju zeszłorocznego występu Illusion of Safety.

Na plus idą lepsza niż poprzednio gra świateł i wreszcie jakaś szatnia, na minus nagłośnienie - czasem się krztusiło i robiło brzydkie rzeczy z wysokimi częstotliwościami. Większość projektów miała też chyba za słabo nagłośniony wokal, i to niestety trochę się odbiło na jakości ich występów.

Myślałem też że będzie więcej hipsterów na Spiritual Front, tj. że będzie pełna sala i nie będzie się dało oddychać, ale jednak nie. Może negatywny hype na ich ostatni album zrobił swoje?

Z fantów, skromnie, wyjechałem tylko z "Pulsion" Esplendor Geometrico (minimalistycznie wydane, wybrałem to, ale japońskie wydania ich starych płyt kusiły), z otoczenia: Ola złapała kompilację dla Beksińskiego (ładnie to jest wydane, ej) i "Multiple Personality Disorder" Maeror Tri (zgrabny, dobrze pomyślany graficznie design). Żałuję że nie złapałem niczego z Impulsów Stetoskopu, oprócz Encyklopedii Kultury Industrialnej którą muszę sobie w końcu kupić było tam całkiem sporo fetyszystycznie wydanych rzeczy - będzie trzeba zrobić większą paczkę.

No ale, pierwszy duży dzień, po kolei.

Theme - nie trafiło do mnie. Może dlatego, że nie kupiłem przewijającej się przez cały występ narracji o wiedźmach czy co to tam było. Wokalnie, trochę jakby Current 93? Chyba byłoby fajniej, gdyby nie przerwy na podanie tytułów, bo rozbijały przerwami ciszy generalnie dość podobne do siebie utwory - wydaje mi się że po prostu lepiej byłoby to przedstawić w ciągu, jako jeden długi utwór, bez przerw.

Beequeen - wokalistka była ładnie ubrana, zagrali dość spokojnie i na luzie, dość blisko konwencjonalnym strukturom muzycznym, gitarzysta zabawnie wyginał się na scenie i było fajnie. Szkoda że wokal nieco za cicho, bo był ładny.


Clair Obscure - wreszcie jakieś w miarę rozsądne wizualizacje (film o rybakach na kutrze, z chodzeniem po rzucających się jeszcze rybach i przetwórnią we wnętrzu statku). Dwa czy trzy pierwsze kawałki były super, potem nieco gorzej, i już myślałem że będzie przynudzanie do końca, kiedy nagle znowu się wszystko wyprostowało. Dość energicznie, bardzo niemiecko, świetne wokale, do sprawdzenia jak studyjnie.

Cindytalk - czysto muzycznie, to chyba najlepszy występ z tych na których byłem. Ogólnie, trochę takie rzeczy jak Menace Ruine, i dużo dodatkowych elementów: ściana szumu na samym początku i prawie na końcu, na samym końcu solidne disco, w środku space rockowe riffy czy motywy jakby prosto od Savage Republic - bardzo satyfakcjonujący koncert. Na siłę, jedyne dwie wady: wizualizacje trochę na poziomie Nadji i podobnych, i słaba choreografia wokalistki.

Esplendor Geometrico - po prostu doskonałość. Dawno nie bawiłem się tak dobrze. Żywo, energicznie, dość agresywnie, nieco retro wizualizacje (twarz Mao z obracającym się logo EG), azjatyckie (chińskie? koreańskie?) filmy, Arturo wrzeszczący do mikrofonu trzymanego zębami - show pierwsza klasa, jeśli będę miał jeszcze okazję ich widzieć, idę w ciemno.

Konstruktivists - niestety zawód. Głównie szumy + "zadżumiony" gość (nie wiem który) mamroczący do mikrofonu. Szumy może i fajne, a mamrotanie może by mnie chwyciło, gdybym był bliżej wokalisty, ale z perspektywy schodów / balkonu, to nuda. Zresztą ludzie też dość szybko poznikali spod sceny. Nie wiem, może to nie kwestia ich występu, ale tego że byłem zmęczony, albo tych dwóch doskonałych koncertów wcześniej?

Christblood - słabo. Najpierw 40 minut rozstawiania się (poprzednie projekty jakoś nie miały problemu ze zrobieniem tego w 15 minut), a potem smętne i pretensjonalne teksty i makijaż na Kruka. Wyszliśmy po paru minutach - może rozkręcili się gdzieś dalej, ale słaby początek i ogólne zmęczenie zniechęcały. Albo po prostu nie mam już sił na taką muzykę? W każdym razie, jeśli mogę oceniać po tym co usłyszałem, to najsłabszy występ w ciągu tych dwóch dni festiwalu.

wtorek, 19 października 2010

14 X 2010; Kraków: Eszeweria; Prawatt, Jacaszek + Jachna

Eszeweria to jest jednak marne miejsce na koncerty. Nawet nie chodzi o nagłośnienie (które trudno ocenić, bo druga część zdania), ale o to że w tak małym wnętrzu dźwięk po prostu źle się rozchodzi, nieładnie odbija, brzydko nakłada.

Prawatt zagrało fajnie - bardziej zróżnicowany chyba set niż ten który słyszałem w zeszłym roku we Wrocławiu, trochę dźwięków maszyn, sporo sampli wokalnych, jeden czy dwa post-rockowe kawałki, i naturalnie trochę industrialno-ambientowych rzeczy. Ale chyba Wrocław bardziej mi się podobał (nie tylko ze względu na zakończenie "kultura industrialna nas oszukała") - było wtedy bardziej spójnie i więcej SETI przez Zoviet France. Dodatkowo, miałem trochę wrażenie jakby było tak, że w Eszewerii grali od niechcenia, bez większego zaangażowania. Ale może po prostu zawsze tak wyglądają, a we Wro stałem za daleko od sceny żeby to wychwycić. Wciąż, chociaż to nie było złe, to myślę że stać ich na lepsze występy.

Jacaszek całkiem ładnie, ale miałem wrażenie że słyszałem już bazylion takiej muzyki. To jest trochę tak, że nie bardzo rozumiem nagły hype na ten projekt - lubię posłuchać "Trenów", ale to chyba na tyle, "Pentral" mnie rozczarowało, "lo-fi" nigdy nie zaskoczyło. Dźwięk był rozmyty i grał dość krótko - 35 minut? - i z trębaczem. Miałem wrażenie czkawki po Molvaerze trochę. Ale ładnie, kawałki z "Trenów", atmosfera ginącego w ciemnościach brudnego sufitu, to był występ do którego chyba dobrze by się paliło duże ilości papierosów.

W sumie: dwa razy nieźle, za 5 zł to b. dobry wynik.

niedziela, 10 października 2010

Jesienny sezon koncertowy

Jak dotąd niestety nie byłem ani na Ufomammut, ani na Avant Art Festival (Plotkina i Harrisa odwołano,więc przynajmniej tyle nie straciłem. Ale Alva Noto żałuję, po raz drugi nie udało mi się gościa zobaczyć na żywo, a bardzo bym chciał).

W czwartek 14 X o 20 w Eszewerii gra Jacaszek i Prawatt. Jacaszek będzie miał Jachnę, trębacza, i będzie grał rzeczy z mającego się ukazać na wiosnę przyszłego roku albumu, a Prawatt to fajne industrialno-ambientowe analogowe szumy, ich występ we Wrocławiu w zeszłym roku był fajny. Symboliczne 5 zł za wstęp, jestem pewien że będzie warto.


Tydzień później w Carpe o 20:30 gra Apteka, plakaty mówią że w ramach 25-lecia projektu, i że za darmo.

No i naturalnie jest Unsound z dużą ilością fajnych rzeczy, ale to wiadomo.


I jeszcze z sierściuchowych projektów 17 X grają Watain i Destroyer 666, i gdzieś koło tego Furia z Infernal War.


Jakby tego było mało, 16 X w Imbirze gra Zacier (z Kabanosem, ale to tak suchy projekt, że przekracza granice mojej wytrzymałości).

Co więcej, 13 listopada w Fabryce gra Carbon Based Lifeforms, i tak strasznie żałuję że jestem wtedy na Wrocław Industrial Festival... tym bardziej, że to pierwszy ich koncert w Polsce i nie wiadomo kiedy kolejny.

8 XII w Krakowie jest Laibach, i to zabawne, ale nigdy jeszcze nie widziałem ich na żywo. Może tym razem się uda?

I na początku grudnia Swans we Wrocławiu i Warszawie.

#klęskaobfitości

poniedziałek, 13 września 2010

11 IX 2010; Kraków: Rotunda; Atari Teenage Riot

Byłem w sobotę na Atari Teenage Riot. Ciąg był dość intensywny, z egzaminem z kawałków mózgu w czwartek i dwudniowym workshopem o przyczynowości i logice tensalnej wcześniej. Więc tak wyszło, że spóźniłem się na supporty i jedyne co mogę powiedzieć, to że końcówka drugiego z nich fajnie brzmiała przez ściany, ale już tego czy było to horrid69 czy vicious night to nie wiem. Nie byłem dawno w Rotundzie, chyba ostatnio jeszcze przed remontem - wygląda OK, nie przyglądałem się dokładnie. Jedna rzecz, myślałem że będą tłumy, a było tylko sporo osób.

ATR (niestety bez Hanin) wyszło na scenę koło 22:10, skończyli grać jakoś koło 23:30-23:40. I było doskonale. Mnóstwo szumów, głośno, wokale czasem ledwo przebijające się przez to wszystko, często niezrozumiałe. Pretensjonalne polityczne teksty o systemie i oszukującym rządzie z obsesją kontroli, na przemian z wielokrotnym wykrzykiwaniem nazwy projektu. Dystans między publicznością a sceną dość symboliczny. Alec Empire bez t-shirta i Nic Endo, jak zawsze, z make-upem z "resistance" na twarzy. Jakichś 30 minut, między 'Destroy 2000 Years of Culture' a chyba 'US Fade Out', w ogóle nie bardzo pamiętam. Chyba 15 minutowy bis, z Revolution Action i Start the Riot i świetną ścianą białego szumu na sam koniec. Wciaż bolą mnie różne kawałki szyi, ud i pleców, i mam to głośne piszczenie w uszach.

W sumie, było doskonale. Na tyle doskonale, że nawet nie chce mi się bawić w analizy tego jak bardzo jest to wszystko sztuczne i zmanierowane. Plotki mówią, że mają nagrać coś nowego i kontynuować koncerty, byłoby super - na pewno idę na ich kolejny występ, jeśli tylko trafi się okazja.

piątek, 30 lipca 2010

Bad Sector z VI WIF (9 XI 2007)

Na tubie są dobre nagrania z doskonałego koncertu Bad Sector parę lat temu we Wrocławiu, a chyba nie linkowałem go jeszcze wszystkim dookoła, więc chyba najwyższy czas. Koło 25 minut to naturalnie nie całość, trwało to jakieś 50 o ile pamiętam, no i nie widać dobrze doskonałych wizualizacji. Ale wciąż, jest Massimo bawiący się thereminami własnej produkcji, kawałki z "Kosmodrom" i "Reset", sputniki w tle... doskonałość.

Notabene, pod koniec kwietnia Massimo pisał na stronie Bad Sector że pracuje nad nowymi live setami, co po pierwsze chyba unieważnia (przynajmniej chwilowo) informacje o kończeniu przez niego kariery z powodów zdrowotnych, a po drugie, daje nieśmiałą nadzieję, na zasadzie "ale w zasadzie możliwe że", że są niezerowe szanse usłyszeć go gdzieś względnie blisko.

W międzyczasie, enjoy:





poniedziałek, 19 lipca 2010

16-17 VII 2010; Gorlice: GCK; Ambient Festiwal

Jakoś nigdy nie udało mi się wcześniej dotrzeć na Ambient, a dodając do tego fakt że przegapiłem Biosphere w Krakowie podczas zeszłorocznego Unsoundu, wyjazd do Gorlic był koniecznością.

Pierwszego dnia grali AABZU, Stendek i Bionulor, drugiego Jerzy "Juras" Gruszczyński i Biosphere. Pewnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że ta edycja Ambientu była dziesiątą w Gorlicach, a dwunastą w ogóle. W sali duszno i gorąco, klimatyzacja może będzie za rok a może nie. Na początku trochę się śmialiśmy z ludzi którzy usiedli i wyciągnęli wachlarze, ale bardzo szybko zaczęliśmy im zazdrościć - okazało się że ich doświadczenie jako bywalców sprawiło że wybrali słuszną taktykę. Po Biosphere dyrektor GCKu wylazł z termometrem na scenę i powiedział że w środku są 34 stopnie. Gosh.

No, ale. AABZU zagrało dobry set, trochę podobnie do tego co słyszałem przy okazji Bennetta w Krakowie. Oni i Stendek grali tak, że pewnie część ludzi żałowała że nie ma w sali GCKu kawałka wolnego parkietu do pogibania się. Anyway, AABZU sprawia na mnie trochę wrażenie polskiego Empusae czy Ah-Cama Sotz, ich występ po raz drugi był fajny i nie będę miał nic przeciwko usłyszeniu ich jeszcze kiedyś. Zresztą, skład gwarantuje dobrą jakość.

Potem Stendek. Obowiązkowy MacBook na scenie, + VJ Tusto od wizualizacji. Niestety, był fail techniczny - Mac nie wytrzymywał temperatury, dźwięk dość mocno cięło, w końcu przerwano koncert na chwilę i kontynuowano po dostawieniu wentylatora. Trochę też zgrzytały mi kwestie dźwiękowe - wysokie tony dość mocno się zlewały w jedno. Ale za to niskie były dobrze zrobione i trzęsły fotelami. VJ całkiem OK, szczególnie fragment z twarzami jakoś na początku, potem nawet fajnie i abstrakcyjnie, ale bawił się odbiciami, co mi zawsze mocno zgrzyta - nie lubię dostrzegać wyraźnie osi symetrii, tutaj nie dało się ich przegapić.

Bionulor zagrał znacząco inaczej niż poprzednia dwójka, ambientowo, trochę dronowo, mniej elektronicznie, bardziej spokojnie. Gdzieś w tym momencie zauważyliśmy, że lęku metafizycznego dodaje żyrandol z kulą lustrzaną, wyglądający trochę jak wielki mechaniczny pająk z olbrzymią gałką oczną - tym bardziej, że na przemian na czerwono i zielono odbijał się w nim jakiś element nagłośnienia. Najbardziej chyba podobał mi się przedostatni kawałek, z samplowanymi wokalami, trochę a'la SETI. Nie umiem tylko zdecydować się co do ostatniego, 'Nic nie jest prawdziwe' - z jednej strony fajnie zrobiony a ja jestem podatny na takie zabawy z samplami wokalnymi, z drugiej przewidywalny i od strony tekstu, nieco pretensjonalny.

Jeśli jeszcze mowa o koncertach piątkowych - duży respekt dla gościa od świateł - poza Aphex Twin (ale to była zupełnie inna sytuacja) chyba nie widziałem tak dobrze zrobionych świateł w Polsce. Dobrane do melodii, odpowiednie kolory, dodawały całkiem sporo do występów.

W sobotę za to udało nam się zjeść (no dobra, zjeść to za dużo powiedziane) najgorszą pizzę evar.

Jerzy "Juras" Gruszczyński zagrał bardzo dobrze, ładnie i nieprzewidywalnie. Były takie momenty, kiedy myślałem "aha, od teraz to będzie jak Svartsinn czy Northaunt / ambientowy Ildjarn / coś akademickiego / Hirsch", a Juras zawsze grał coś innego. Skończył (no, przed przerwą po której zagrał jeszcze jeden kawałek - miał nie do końca dobrze dopasowany czas trwania pokazu slajdów ze zdjęciami gór) świetnym industrialnym walcem (zresztą wcześniej też ich kilka było), trochę podobnym do 'Megatron' Chu Ishikawy z soundtracku do "Tetsuo" (tego końcowego kawałka w filmie) z dodanymi elementami neoklasycznymi - super sprawa. Jedyne co mi odrobnikę zgrzytało, to dyskretne (w znaczeniu: nieciągłe) przejścia między kolejnmi utworami.

I wreszcie Geir Jensen, który zniszczył obiekty. Świetne wizualizacje, pejzaże, mocno przerobione metra i poczekalnie, różne plamy. Kawałki od "Patashnika" przez rozszerzoną "Substratę" do mojego ulubionego "Cirque", trzy bisy, zabawa efektami, field recordings, melodiami - doskonałość. I nawet samplowany kobiecy wokal w trzecim bisie nie przeszkadzał tak bardzo.

Z innych rzeczy, kupiłem sobie "Inbetween" Nemezis (chciałem to mieć jakoś od ich świetnego koncertu na VI WIF, a dotąd nie było okazji), "Minus" Tho So Aa (w ramach losowego zakupu, poza tym "Identify", tegoroczny album tego projektu, jest całkiem całkiem) i "Voice Tract - Droga Głosu" Wieloryba (za 20 zł, co jest po prostu śmieszną ceną).

Na koniec: wstępnie i nieoficjalnie, na przyszły rok zapowiedziano Fennesza.

piątek, 25 czerwca 2010

24 VI 2010; Kraków: Fabryka; KOT

KOT grał w ramach [wstaw reklamę] Art Boom Festival - jakoś taka moda ostatnio w Krakowie, żeby festiwale nazywać od sponsorów, mam nadzieję że to krótkotrwały trend. To ich pierwszy koncert w Krakowie w ogóle, o ile wiem. Tym fajniej że za darmo.

Nie byłem wcześniej w Fabryce. Nie zwiedzałem jakoś głębiej, ale zrobiła na mnie dobre wrażenie - dojazd mam nie-tak-fatalny (jak większość Krakowa :P), w środku raczej minimalistyczny wystrój wnętrz - beton + obowiązkowe fotele a'la Alchemia + wiszące na ścianach prace plastyczne artystów którzy jak dotąd się tam prezentowali. A, bo w ogóle historyjka jest taka, że klub podziała parę lat, a potem wszystko się wyburzy i wybuduje apartamenty. W efekcie, mają podobno dużą swobodę w robieniu krzywdy wnętrzom i tak dalej. Myślę sobie, że fajnie by było gdyby np. 8 edycja noise4cash się tam odbyła, miejsce całkiem by pasowało. Chętnie przejdę się tam jeszcze, jeśli coś bliższego moim okolicom muzycznym się trafi.

No ale KOT. Obsuwa z 40 minut, pograli chyba kolejne 40, nie patrzyłem na zegarek, za fajnie było. Całej tracklisty niestety nie pamiętam, zaczęło się od 'Mam naganne', na koniec były 'Łzy matki', po drodze 'Pchły', 'Na grobie', 'Szczękościsk'. Dwa ostatnie były powtórzone w ramach bisu, bo źle się nagrały - yup, koncert był rejestrowany, więc może będzie jakoś dostępny - oby!

Z bocznych schodów widok był niezły, ale z uwagi na dźwięk lepiej by było wybrać inne. Wizualnie - wiadomo: gestykulacja Bąkowskiego dobrze zgrana z dźwiękiem, lekko pretensjonalna. Dwójka z boku z magnetofonami przewieszonymi przez ramię, głośniki, beton. Dobrze to wszystko pasowało do muzyki.

Muzycznie - Bąkowski na żywo śpiewa/deklamuje bardziej agresywnie niż to słychać studyjnie. Momentami patrząc na niego miałem wrażenie że przy najbliższej okazji komuś da w twarz, charakterystyczne "no" kończące większość kawałków miało w sobie duże pokłady agresji - to takie "no", po którym już się nie rozmawia. Czasem dodatkowe wokale przez (nie rozróżniam niestety po nazwiskach) jednego z pozostałej dwójki. Magnetofony świetnie się sprawdzają na żywo, bardzo niskie, dronujące brzmienie. Cały koncert podgłośniono też dość mocno. Zbierając wszystko do kupy, wyszło dość sugestywnie, intensywnie, na pewno idę na KOTa przy kolejnej okazji, oby szybko.

W sumie - cud, miód i orzeszki. No dobra, bez orzeszków, kupione na wypadek koncertowej nudy w Eszewerii pestki dyni poczekają do Gorlic.