A z Health mam tak, że na żywo mnie rozczarowali, i tegoroczny album mi się w ogóle nie podoba, i w ogóle to niespecjalnie ich lubię. Dlatego czasem trochę mi głupio że jeden z moich ulubionych tegorocznych kawałków to ich niemal popowe Stonefist, z pretensjonalnym tekstem i operacją plastyczną która z ich śmiesznego grubaska perkusisty robi Conana:
W Kawiarni Naukowej (nowa lokalizacja jest całkiem fajna, jedyny minus to zapach krakowskiej zagrzybionej piwnicy) co jakiś czas grają postpunkowo zimnofalowe rzeczy, i byłem niedawno na Boanerges supportującym Joannę Makabresku.
Boanerges (nie, nie ta unblackowa grupa) okazało się być fajnym postpunkowym duo z monotonną perkusją i tekstami które Osoba Towarzysząca - dużo mniej ode mnie usatysfakcjonowana z koncertu - podsumowała jako "jaja i szczypior / miód i mleko / wojna i zwątpienie". Ja byłem bardzo zadowolony i trochę żałuję że nie wziąłem ich płyty - mam nadzieję że będzie jakaś okazja.
Joanna Makabresku zagrała bardzo, bardzo fajnie - było sporo kawałków z "Piątej Prostytucji" - Mięso, Fabrykę, Wakacje w Warszawie, Bujdogenerator, Pracę nową, ... - i trochę nowych (nieśmiało była mowa o nowej płycie w 2014). Dobrze było ich usłyszeć i cieszę się że można w Krakowie posłuchać takiej muzyki na żywo.
W aftermathu europejskiej trasy Savage Republic* przypadkiem wpadło mi video z Paryża, gdzie SR gra 'Hanging Garden' z "Pornography", o tak:
I w ten sposób dowiedziałem się, że Fear Drop parę lat temu wydało specjalny numer dedykowany "Pornography" z bonusową płytą, na której The Cure coverują też m. in. Troum i Contagious Orgasm. Dla porównania z kocertową, studyjna wersja Savage Republic, dzięki której pewnie będziesz chcieć żeby SR nagrało całość "Pornography", bo w ich stylu, a zwłaszcza z ich wokalem, brzmiałoby to taaak doskonale:
*W Warszawie brakowało mi do szczęścia wyłącznie podpalenia beczki po oleju robiącej za drugą perkusję - Savage Republic na żywo jest niezawodne i jeśli ktoś ominął to jest po prostu smutnym burasem.
Wstęp jest taki, że chyba wszyscy słyszeli kiedyś wersję Nouvelle Vague - o tutaj na przykład jest z delikatnym, hipsterskim i czarno-białym fragmentem filmu znanego francuskiego reżysera - i mało kto sprawdza jak wyglądał oryginał. Więc pomyślałem że sprawdzę, i wygląda o tak:
To niewiarygodne, ale last.fm przydało mi się do czegoś: w trakcie losowego googlania się po sieci...
(zamiast uczenia się lokalnych układów dynamicznych)
(i jeszcze dygresja: jeśli macie nadzieję że istnieją naprawdę dobre covery In a Manner of Speaking, to i owszem - na rynku jest przyzwoite Nouvelle Vague i, oprócz tego na tubie można znaleźć całkiem sporo innych [uporządkowane z grubsza według jakości]: studyjne wykonanie Tal & Reut z ładnymi i wyraźnymi melodiami w tle; całkiem fajną Amandę Palmer [wokal!]; fajną wersję a capella Nothing But Treble [może to jest wyraźniejsze wykonanie]; dość agresywną wersję zagrane jak co cięższe post-rocki ze stonerowymi tendencjami, szkoda tylko że nieznani mi Grecy zdecydowali się pozostać przy kobiecym głosie, bo gdyby poeksperymentowali i z tym, mogłoby być naprawdę super;
[i odtąd są wersje które niekoniecznie bym rekomendował...]
niejacy Blume, live, mi się podoba, chociaż elektroniczne plumkanie od około połowy mogli sobie darować; Liz Durrett która robi coś dziwnego z melodią, i mam mieszane uczucia, ale nie jest jednoznacznie zamierzone na kopię NV, co po paru coverach zaczyna się doceniać; pogodne wykonanie na żywo Giady Olivetti, granie od ok. 40 sekundy, ale dodane smaczki instrumentalne w tle, tak jak były fajne u Tal & Reut, tak tutaj mi nie pasują; gitarowy live zagłuszany rozmowami, który linkuję tylko dlatego, że przebrnąłem przez ponad 5 minut, więc jakby ktoś się zastanawiał, to warto tylko jeśli lubi się dość standardowe kobiece głosy; wersja instrumentalna która byłaby fajna, gdyby nie kiepsko zrealizowany taneczny bit, przez który w ogóle nie warto; amatorska, ale sympatyczna i z kastanietami kopia wersji Nouvelle Vague; mocno elektroniczna ale fajna wersja;
[i z najsłabszych:]
popularny Martin Gore [nie wiem co ludzie widzą w tym wykonaniu - moim zdaniem jest nijakie i w ogóle po co]; jedna około-japońska i niewyraźna aranżacja [nie warto]; średni live na fałszującą gitarę i męski wokal, ale niektórzy lubią takie coś)
(no i jakby ktoś miał ochotę na wersję polską, to jest Edyta Jungowska, która nie jest taka zła, ale to raczej dla kogoś w nastroju eksploratorskim, bo polskie słowa)
(ale bo tak naprawdę, to warto posłuchać wykonania Tuxedomoon z 1983, które brzmi inaczej niż wersja studyjna, a jednocześnie korzysta z tych cudownych wyraźnych uderzeń o struny, które ludzie gdzieś zagubili w procesie przerabiania - pewnie dlatego, że coverują Nouvelle Vague [gdzie wszystko się jakoś bardziej zlewa w jedno], a nie Tuxedomoon:
)
...no więc, właściwie, to chciałem tylko napisać, że przy tym losowym googlaniu znalazłem na last.fm link do tego oto cuda: Music for Vagabonds. 476 stron tekstów i zdjęć o Tuxedomoon, pisane przez 7 lat, i że ja chcę. Bardzo bardzo bardzo. No bo kto by nie chciał?
Co przypomina mi, że oprócz dwóch zaległych tekstów o koncertach, muszę wreszcie napisać o tym jak bardzo fajną pozycją jest Industrial Culture Handbook...
(ech, no dobra, wracam do sprzężenia topologicznego...)