Czy umiem wymusić działanie kodu LaTeXowego na blogspocie.
Let $K_{V} = \langle K, V \rangle$ be a Kripke model. Kripke forcing is a binary relation $\Vdash_{V}$ between nodes from $W$ and formulae of the language \textbf{L}, defined inductively by the following set of conditions:
$w \nVdash_{V} \bot$
$w \Vdash_{V} p$ iff $w \in V(p)$, for every $p \in \textbf{Atom}$
$w \Vdash_{V} \varphi \rightarrow \psi$ iff for all $w'$ such that $w \leq w'$, if $w' \Vdash_{V} \varphi$, then $w' \Vdash_{V} \psi$
Czyli wygląda na to że tak (jeśli nie działa, to pewnie wina wyłączonego JavaScriptu). Podobno krzaczy się też w czytnikach RSS. Nie umiem też wymusić działania komend (np. enumerate), a na jakiekolwiek zdefiniowane, jeśli wierzyć google, nie ma szans. No, trudno. Z uwagi na przejścia z próbowaniem chytba z pięciu różnych niedziałających kodów: 1:0 dla wordpressa, gdzie po prostu jest plugin LaTeXowy.
To niewiarygodne, ale last.fm przydało mi się do czegoś: w trakcie losowego googlania się po sieci...
(zamiast uczenia się lokalnych układów dynamicznych)
(i jeszcze dygresja: jeśli macie nadzieję że istnieją naprawdę dobre covery In a Manner of Speaking, to i owszem - na rynku jest przyzwoite Nouvelle Vague i, oprócz tego na tubie można znaleźć całkiem sporo innych [uporządkowane z grubsza według jakości]: studyjne wykonanie Tal & Reut z ładnymi i wyraźnymi melodiami w tle; całkiem fajną Amandę Palmer [wokal!]; fajną wersję a capella Nothing But Treble [może to jest wyraźniejsze wykonanie]; dość agresywną wersję zagrane jak co cięższe post-rocki ze stonerowymi tendencjami, szkoda tylko że nieznani mi Grecy zdecydowali się pozostać przy kobiecym głosie, bo gdyby poeksperymentowali i z tym, mogłoby być naprawdę super;
[i odtąd są wersje które niekoniecznie bym rekomendował...]
niejacy Blume, live, mi się podoba, chociaż elektroniczne plumkanie od około połowy mogli sobie darować; Liz Durrett która robi coś dziwnego z melodią, i mam mieszane uczucia, ale nie jest jednoznacznie zamierzone na kopię NV, co po paru coverach zaczyna się doceniać; pogodne wykonanie na żywo Giady Olivetti, granie od ok. 40 sekundy, ale dodane smaczki instrumentalne w tle, tak jak były fajne u Tal & Reut, tak tutaj mi nie pasują; gitarowy live zagłuszany rozmowami, który linkuję tylko dlatego, że przebrnąłem przez ponad 5 minut, więc jakby ktoś się zastanawiał, to warto tylko jeśli lubi się dość standardowe kobiece głosy; wersja instrumentalna która byłaby fajna, gdyby nie kiepsko zrealizowany taneczny bit, przez który w ogóle nie warto; amatorska, ale sympatyczna i z kastanietami kopia wersji Nouvelle Vague; mocno elektroniczna ale fajna wersja;
[i z najsłabszych:]
popularny Martin Gore [nie wiem co ludzie widzą w tym wykonaniu - moim zdaniem jest nijakie i w ogóle po co]; jedna około-japońska i niewyraźna aranżacja [nie warto]; średni live na fałszującą gitarę i męski wokal, ale niektórzy lubią takie coś)
(no i jakby ktoś miał ochotę na wersję polską, to jest Edyta Jungowska, która nie jest taka zła, ale to raczej dla kogoś w nastroju eksploratorskim, bo polskie słowa)
(ale bo tak naprawdę, to warto posłuchać wykonania Tuxedomoon z 1983, które brzmi inaczej niż wersja studyjna, a jednocześnie korzysta z tych cudownych wyraźnych uderzeń o struny, które ludzie gdzieś zagubili w procesie przerabiania - pewnie dlatego, że coverują Nouvelle Vague [gdzie wszystko się jakoś bardziej zlewa w jedno], a nie Tuxedomoon:
)
...no więc, właściwie, to chciałem tylko napisać, że przy tym losowym googlaniu znalazłem na last.fm link do tego oto cuda: Music for Vagabonds. 476 stron tekstów i zdjęć o Tuxedomoon, pisane przez 7 lat, i że ja chcę. Bardzo bardzo bardzo. No bo kto by nie chciał?
Co przypomina mi, że oprócz dwóch zaległych tekstów o koncertach, muszę wreszcie napisać o tym jak bardzo fajną pozycją jest Industrial Culture Handbook...
(ech, no dobra, wracam do sprzężenia topologicznego...)
W skrócie, to koncert Kwoon w Imbirze miał wszystko to, co sprawia że koncerty w większości miejsc w Krakowie są chujowe: godzinne opóźnienie, fatalne nagłośnienie i brak miejsca i tlenu.
Najpierw zagrało Papertree, które jest polskim projektem, jak na moje ucho, to chcącym być Red Sparrowes czy Pelican (ale nie znam się na trendach w postrockach, więc równie dobrze to mogą chcieć być Russian Circles czy co tam teraz jest modne). . Wyglądało na to że ludzie z zespołu dobrze bawili się na scenie, więc przynajmniej im to granie daje radość, a skoro tak, to jakoś nie wypada mi się czepiać. Więc w skrócie, to się wynudziłem, nie lubię takiej muzyki na żywo, studyjnie też coraz mniej. Przynajmniej nie było wizualizacji (dalej mam traumę po A Storm of Light).
Kwoon zagrało w porządku, chociaż nagłośnienie było naprawdę fatalne (co przypomina mi o jedynym przekonywującym mnie argumentem za stoperami w uszach na koncertach: redukują szum na tyle, że da się rozpoznać muzykę w tym co leci z głośników). Oczywiście zagrali I Lived on the Moon, trochę nowych kawałków (były całkiem OK) i bardzo ładny walec z wysokimi rejestrami pod koniec, przez który miałem trochę wrażenie że rozgrzewali się przez godzinę żeby grać przez dwie minuty.
Ta wersja klasycznego kawałka Ultravox! jest imo lepsza niż na "-Ha!-Ha!-Ha!". To nagranie sprzed prawie 35 lat, więc dźwięk niekoniecznie jest krystalicznie czysty. Enjoy:
Wróciłem ostatnio do słuchania They Might Be Giants, a przy okazji znalazłem poniższe fajowe wykonanie 'I Palindrome I', zaraz po wydaniu "Apollo 18" (palindrom to chyba mój ulubiony kawałek z tej płyty). Hipsterze, słuchaj lepiej They Might Be Giants, a nie projektów znanych z muzyki do seriali (#arcadefire).
Chciałem iść spać, ale akurat wczoraj/dzisiaj Benetti wrzucił piątą część Disco Caligula. No i jakoś siedzę tutaj słuchając tego po raz trzeci (uprzedzając, to tak, jest równie doskonałe co zwykle). Sorry, moje slajdy i dynamiczne logiki deontyczne, ale coca disco!
"The Disintegration Loops" Williama Basinskiego (w dużym skrócie, dla tych którzy nie kojarzą - klasyk współczesnego ambientu, 4-płytowe pozostałości po starych taśmach i nagraniach Basinskiego z lat '80, ulegających całkowitemu zniszczeniu przy przepisywaniu ich na format cyfrowy, posłuchaj fragmentu) ma za sobą taki dość niesamowity kawałek historii, że Basinski miał skończyć projekt 11 września 2001, rano, w swoim mieszkaniu na Brooklynie, około dwóch kilometrów od World Trade Center, i spędził cały dzień i wieczór na dachu, patrząc na płomienie i słuchając Disintegration Loops (poczytaj relację Basinskiego i opis wznowienia, a ta recenzja nie jest najgorszą jaką można przeczytać, i widać tam okładki wszystkich czterech płyt). Faktycznie, trudno mi znaleźć lepszy soundtrack do (metaforycznego, ale generalnie nie tylko) końca świata.
Dwa dni temu, z okazji dziesięciolecia zamachu, w Metropolitan Museum of Art w Nowym Yorku odbył się darmowy koncert podczas którego wykonano między innymi fragmenty Disintegration Loops. Całości można posłuchać tutaj. Moim zdaniem zdecydowanie warto posłuchać - użycie faktycznych instrumentow sprawia że wszystko jest wyraźniejsze i nieco szybsze niż w oryginalnej wersji, słychać że to Disintegration Loops, ale różnice są też nie do przeoczenia. Tym bardziej, że (przynajmniej o ile mi wiadomo) to pierwsze wykonanie "na żywo".
Byłem jakieś trzy tygodnie temu przez tydzień w Utrechcie i wreszcie znalazłem chwilę żeby coś o tym napisać.
Uniwersytet w Utrechcie zgodnie z najnowszym rankingiem szanghajskim jest najlepszą uczelnią w Holandii i w top 10 europejskich, ale wszyscy tam wiedzą, że mają tylko rok na cieszenie się tym, bo ich jedyny noblista odszedł na emeryturę w lipcu. Poza tym, mają History and Philosophy of Science różne od filozofii i z fizyką, matematyką i resztą fajnych rzeczy (i taką ilością miejsca przeznaczonego dla pracowników, które wpędza w kompleksy); wygodny kampus z owcami pasącymi się dookoła i przejściami na poziomie 1 piętra między budynkami, i automaty z kawą w których płacisz mniej, jeśli masz własny kubek. A, no i płacisz specjalną kartą - koniec z rozpaczliwym poszukiwaniem drobnych albo kogoś kto rozmieni banknot. Do tego ogród botaniczny zaraz przy wyjściu i akademik w którym każdy dostaje własny pokój, kropka. Nie widziałem tylko słynnych królików, które podobno są wszędzie. Widziałem za to ścieżki rowerowe które są wszędzie. Piesi w Utrechcie mają raczej słabo.
Sam kurs był naprawdę przyzwoity. "Gdzie mamy zajęcia, w 61 czy 65? Hmm, skoro prowadzę kwanty, to może w obu?". W ogóle wygląda na to że ich szkoły letnie są całkiem awesome. Zabrakło może czegoś o fizyce cząstek, teoriach pola, projekcie Manhattan albo współczesnych biologicznych rzeczach - ale biorąc pod uwagę stosunkowo napięty program i mało czasu, nie ma na co narzekać.
Do tego centrum miasta ma jakby dwa poziomy: uliczki ze stolikami, budkami i rowerzystami, i znajdujące się parę metrów niżej bulwary nad kanałami, gdzie wszędzie są restauracje z ładnymi wnętrzami (i gdzie można, oprócz niedorzecznie wielkich naleśników, dostać doskonały jabłkowy cydr).
Utrecht jest pełen ładnej architektury i praktycznie na każdym kroku widziałem coś ciekawego, a do kawy / czekolady na ogół dostawałem pyszną, gęstą, ręcznie ubitą bitą śmietanę. I naturalnie z każdym można porozumieć się po angielsku - miła odmiana po Francji.
Chyba bardziej mi się podobało w Holandii niż w Norwegii. Jest fajniejsza architektura, lepsze jedzenie (nie narzekam na homary, kraby i krewetki, ale fajnie czasem zjeść coś dobrego co nie jest rybą), i wreszcie nie ma "ścian płaczu" - tj., pisuary w męskich toaletach są dobrze od siebie oddzielone. Jedyne czego żałuję to to, że o istnieniu czegoś takiego jak miodowy stroopwafel dowiedziałem się dopiero w dniu wyjazdu.
Chciałbym tam jeszcze wrócić, na dłużej.
W następnym odcinku: historyjki o XVII-wiecznych filozofach naturalnych, spermie pod mikroskopem, wodnych roślinach kwitnących raz do roku i płodach w słoikach (z muzeum uniwersyteckiego w Utrechcie i muzem w Lejdzie).
Ostatnio u Oli przeglądałem Wielką Księgę Science Fiction, t. 1, red. Mike Ashley, wydane w tym roku przez Fabrykę Słów, przetłumaczone przez Małgorzatę Koczańską. Co do wielkości tej antologii można by się spierać, ale to może przy innej okazji. Tak się bowiem złożyło, że w tym zbiorze jest jedno z opowiadań Grega Egana.
Dygresja: bardzo lubię Grega Egana, i myślę że to wielka szkoda że polscy czytelnicy nie mieli jeszcze okazji poznać jego co bardziej odlotowych powieści - z tego co widzę w sieci, Solaris przesunęło premierę Diaspory z marca 2011 na marzec 2013. Oby tylko przetłumaczył to ktoś kompetentny, bo miejsc w których można dżampnąć szarka z terminologią matematyczną jest w "Diasporze" dużo więcej niż w "Distress", z którym polski tłumacz poradził sobie co najwyżej średnio. Ale jeśli Egan ma być tłumaczony tak, jak w antologii wydanej przez Fabrykę Słów, to może lepiej żeby go nie wydawano w ogóle...
No więc wziąłem do ręki to opowiadanie, i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Mianowicie...
To jest cytat z "N jak Nieskończoność" (jak wyżej, s. 77) w wersji Małgorzaty Koczańskiej:
Światów równoległych jest nieskończenie wiele - tak jak liczb naturalnych, a nie jak liczb całkowitych, które utrudniają jedynie liczenie bez pomocy matematycznych twierdzeń, jednak mówiąc prosto - ja jestem niezwykły, bo niezmienny: bardziej podobny do siebie na każdym ze światów niż inni ludzie.
A to, odpowiedni fragment oryginału, "The Infinite Assasin" ("Axiomatic", Gollancz, 2008, s. 1), w wersji Grega Egana:
The number of paralell worlds is uncountably infinite - infinite like real numbers, not merely like the integers - making it difficult to quantify these things without elaborate mathematical definitions, but roughly speaking, it seems that I'm unusally invariant: more alike from world to world than most people are.
Huh? Znajdź dziesięć różnic?
Nawet pomijając to, o ile lepiej (np. ze względu na zakończenie opowiadania, z fajnymi rzeczami o zbiorze miary zero) byłoby chyba trzymać się żargonu i napisać "inwariantny" lub "niezmienniczy", albo to, że takie tłumaczenie czyni (w oczach choć odrobinę obeznanego czytelnika) autora opowiadania idiotą (no bo jak można sugerować że liczb naturalnych jest inna ilość niż całkowitych...), to przecież tłumaczka nie zrozumiała nawet składni zdania które tłumaczy (co czyni co jakim?). Smutne. Z czymś takim nie zetknąłem się chyba od czasu przeczytania tego, co w "Rzeźbiarzach chmur" (polskim wydaniu drugiego tomu "The Complete Short Stories" J. G. Ballarda) wyrabiał Bohdan Drozdowski.
Trzy błędy w jednym zdaniu to dla mnie wystarczająco za dużo. Nieprędko, jeśli w ogóle, sięgnę po jakąkolwiek książkę Fabryki Słów.
Przeczytałem pierwszą powieść Yiyun Li. Czytałem wcześniej jej zbiór opowiadań "Tysiąc lat dobrych modlitw", co zostawia mi w kolejce tylko jej drugi zbiór, "Gold Boy, Emerald Girl".
"Tysiąc lat dobrych modlitw" odebrałem jako książkę ciepłą i nieco nostalgiczną. Z "Włóczęgami" jest zupełnie inaczej. Otoczenie jest szare i brudne, przez większość książki zimne, ludzie nieszczęśliwi i ułomni, a wydźwięk ponury. W dużym skrócie, książka opowiada historię tego, co dzieje się w prowincjonalnym chińskim miasteczku po egzekucji byłej działaczki komunistycznej, mniej więcej w okresie Pekińskiej Wiosny. Postacie są świetnie skonstruowane - proste, ale nie banalne, wiarygodne, interesujące, ale zarazem nie przeintelektualizowane. Część z nich jest powiązana - na ogół nie bezpośrednio, ale różnymi niemiłymi rzeczami które ktoś z ich rodziny zrobił komuś innemu. Im dalej w książkę zresztą, tym powiązań jest więcej. Zresztą siatka relacji w tej książce jest naprawdę dobrze zrobiona. Trudno tu wyłonić jednego głównego bohatera - wydaje mi się że miejsce na kartkach jest mniej więcej równo poświęcone: chłopcu świeżo przybyłemu z wioski, ułomnej dziewczynce i jej rodzinie, miejskiemu głupkowi, staremu nauczycielowi i jego żonie (rodzicom skazanej kontrrewolucjonistki), wżenionej w warstwę rządzącą spikerce radiowej i aktorce, a także dużej ilości pomniejszych postaci - przy czym przejścia między głównymi bohaterami a postaciami drugorzędnymi, i od nich do postaci tła, nie mających nawet własnego imienia, są zrobione właściwie niezauważalnie. We "Włóczęgach" jest dużo przemocy - nawet nie tyle w samej akcji, co raczej w przeszłości postaci. Ale zarazem nie ma jakiegoś prostego podziału na dobrych i złych, a w szczególności nie ma tu bohaterów - uznana za bohaterkę postać jest daleka od czystego sumienia.
To książka o nieszczęśliwych i skrzywdzonych ludziach, którzy krzywdzą siebie i innych swoimi nawykami i ambicjami, bardzo wciągająca, i z naprawdę dobrym zakończeniem. To także książka która nie jest właściwie w ogóle (poza może historyjką o dwóch małych rybkach i paroma innymi szczegółami) przyprawiona egzotyką Orientu. Ja dawno nie czytałem równie ponurej i mocnej pozycji o życiu w jednym z (nie mogę się zdecydować: autorytarnym czy totalitarnym) ustroju, i mogę powiedzieć że zdecydowanie warto po "Włóczęgów" sięgnąć.