czwartek, 13 maja 2010

Luźny bazgroł o dźwiękach

Słuchałem dzisiaj rano ostatniego albumu Acid Eaters i wciąż jest fajny, ale mniej niż myślałem. "Black Fuzz on Wheels" jest zanadto żywy, z wrażeniem Motorhead, jakby czuło się że gdzieś tam w studiu nagrywano to na żywo, czy że po prostu po drugiej stronie jest człowiek - albumy Christine 23 Onna były nieco bardziej maszynowe, sztuczne, bardziej sterylne. Czystsze. To trochę jak z Bad Sector, często zetknąłem się z zarzutem mniej więcej takim: no tak, to fajne technicznie, ale zdehumanizowane (zabawnym, bo chyba dość trudno o muzykę z większą dawką emocji, no ale). Prywatnie uważam to za zaletę - niewiele jest fajniejszych rzeczy niż dobrze zrobiona sterylność, Alva Noto świetnym przykładem. Oczywiście, to zależy od stylu i tak dalej, ale nie zmienia to faktu że przaśne riffy Acid Eater były fajniejsze gdyby były nieco mniej, hmm, ludzkie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza