czwartek, 19 sierpnia 2010

M. Bieńczyk "Tworki"

Ostatnio dość dużo czytam. Z różnych rzeczy, skończyłem "Tworki". Są napisane bardzo poetyckim językiem, co pewnie jest atutem książki, ale mi najbardziej przeszkadzało w lekturze. Może to po prostu ryzyko takiego języka, pełnego metafor i innych wyrafinowanych środków: pewne niezręczności są nieuniknione, trzeba pogodzić się z tym że część czytelników będzie zgrzytała zębami? Mi, momentami, kojarzył się wręcz skecz o poecie (niestety nie zalinkuję, bo jutub usunął, a wykonawcy nie pamiętam i nie mam jak znaleźć, google fu mnie zawodzi i wyrzuca monthy pyhtonowy crap). Bo sama historyjka - o relacjach personalnych w niewielkiej grupie pracowników księgowości szpitala psychiatrycznego w Tworkach w okresie II WŚ - jest dość prosta i niepozbawiona uroku. W zasadzie, przez większą część nie czuć tego, że akcja dzieje się podczas wojny - i nabiera to znaczenia dopiero pod koniec. Ale w sumie nie byłem zadowolony z tego co dostałem; w dużej mierze dlatego, że bardzo mocno oczekiwałem czegoś a'la "Szpital przemienienia", chyba mam jakiś Lemowy brain damage.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza